Wyprawa 2

No i już jesteśmy po drugim z naszych wypadów za miasto.

A było to tak:

Jest 22.04.2001, niedziela, trochę się chmurzy ale czasami słoneczko wychodzi zza chmurek.

Godzina 9.00, to dziwne ale dokładnie o tej godzinie, ja wraz z ekipą (czyli Pawłem i jego żoną Kasią) docieramy swoim UAZem pod akademiki Politechniki Białostockiej i wysiadając z samochodu zauważam Sojera Wilka i Ule wychodzących z budynku akademika. Sątrochę zmęczeni sobotnia imprezą ale nie wyglądają tak Ľle jak ich samochód. Z wierzchu niby nic ale za to w środku. Multum puszek po piwie (bezalkoholowym oczywiście) i niezbyt miły zapach zwietrzałego piwa. No ale parę reklamówek puszek trafia do śmietni ka i już cała ekipa wyrusza w kierunku małego ale bardzo urokliwego miasteczka Supraśl (jakieś 15 km od Białegostoku). Po drodze zabieramy jeszcze Tomka i Pawła (Tomek jest właścicielem żółtego UAZa - patrz wypad1). Niestety nie jada dziś swoim wózkiem ale trochę im się popsuł i nie zdążyli go zrobić na czas.

Po jakimś czasie docieramy pod dom Grześka. Tak już czeka na nas Grzesiek (właściciel ciemno zielonego Muscela) z żoną Aśką i jego pilot drugi Grzesiek tez z żona Moniką (świetny znawca samochodów, i doskonały mechanik i kierowca). Oni właśnie będą nas prowadzili przez okoliczne bezdroża.

Po drodze zajeżdżamy jeszcze do Szkoły Podoficerskiej Państwowej straży Pożarnej w Supraślu (miejsce pracy mojego brata Pawła i obydwu Grześków), po wodery (takie wysokie kaloszki). Wszyscy zastanawiamy się czy będą nam potrzebne, no ale jak już je mamy to ruszamy.

Wyjeżdżamy z Supraśla. Szybka jazda przez las, potem jakaś wieś i znowu las i znowu wieś. Docieramy do rzeki Supraśl. Jedziemy w wzdłuż niej.

Zatrzymujemy się aby skonsultować dalszy kierunek podróży, gdy Sojer znudzony wpatrywaniem się w mapę postanawia się trochę rozerwać. Jedzie przez łąkę i nagle staje.
Okazało się że łąka jest miejscami dość mocna podmokła.
Okazuje się niezbędna pomoc.
Jeden Uaz okazuje się za słaby, trzeba pomóc Muscelem. Udało się bez większych problemów.
Ale niestety zaraz potem Sojer próbuje wiąść to bagienko od czoła. I tu już nie wystarczyła pomoc nawet dwóch samochodów.
Ale Paweł moim Uazem przejeżdża i bez większych problemów wyciąga Muscela do przodu. Swoja drogą Sojer powinien zawodowo oczyszczać rowy ze zbędnych traw. NieĽle mu to idzie.
Jedziemy dalej. Łąki wzdłuż rzeki są poprzecinane rowami melioracyjnymi. Niektóre są płytkie, no a niektóre dość głębokie i strome. Grzesiek próbował przejechać ten rów pod kątem ale wykrzyż osi okazał się za mały. Dwa koła zawisły w górze. Jednak rozkołysanie samochodu pozwoliło przejechać dalej. Sojer przejechał to po swojemuczyli od czoła (prostopadle do rowu). Wysoko zawieszony Muscel poradził sobie. Ja zrobiłem to jeszcze inaczej. Mając cztery deski jako standardowe wyposażenie samochodu. Po prostu przejechałem po nich kołami. Chyba to był najlepszy sposób.
Jadąc dalej mieliśmy jeszcze kilka rowów które minęliśmy w ten czy inny sposób. Natrafiliśmy fajne góreczki (chyba ktoś kopał tam kiedyś żwir ale teraz jest zarośnięte trawą). Kiedy wszyscy odpoczywali, Sojer z ekipą nie próżnował.
Na koniec oczywiście zdjęcie. I jedziemy dalej.
We wsi Borki, Tomek wyczaił niegdyś ciekawy bród. Więc trzeba było zrobić parę fotek.
OK. dość tego jedziemy dalej.
No i chyba zgłodnieliśmy. No więc trzeba wyjąć piwko (bezalkoholowe oczywiście), kiełbaski chlebek i ... zrobić sobie pamiątkową fotke.
A kto na fotce. Od prawej: Paweł (pilot żółtego UAZa), Ula (pilot i mechanik żółtego Muscela), Tomek (właściciel żółtego Uaza), Wilk i Sojer (pilot i kierowca żółtego Muscela), Stefan (czyli Ja, właściciel zielonego Uaza, tego po środku), Kasia ( żona mojego brata który robił zdjęcie), Asia (żona Grześka 1), Monika (żona Grześka 2), no i na dole jest Grzesiek 1 (właściciel ciemno zielonego Muscela) i na górze Grzesiek 2 (pilot Muscela i nasz ekspert w sprawie mechaniki i ogólnie Off Road).
Po ognisku odłącza się od nas Grzesiek Muscelem. A my jedziemy na tzw Pólko. Podobno można tam przejechać przez rzekę Supraśl. Wody maksymalnie około 50cm. No ale zobaczymy. Trochę asfaltu (fe), potem szybka jazda przez las, trochę świetnego terenu (wysokie kępy trawy, podjazdy jakiś rowek), przejeżdżamy bez zatrzymywania się. No i docieramy na miejsce. Rzeka płynie obie jakby nigdy nic. A mój brat (Paweł) zaczyna wjeżdżać do wody. Grześek ma go zawrócić jakb y zrobiło się za głęboko.
No i niespodzianka, przód wpada w dziurę, silnik zalew woda, gaśnie. Szybko kombinujemy pomoc. W Sojera Muscelu zagotowała się woda w chłodnicy więc trzeb trochę dolać jej z rzeki. W Uazie jest już woda. Okazuje się, że wodery się przydały. Grzesiek wchodzi w nich do wody i podczepia linkę.
Wilk Muscelem po djeżdża i zaczepia linkę. Nagle prąd wody wciąga Uaza jeszcze głębiej, w środku wszystko pływać (swoja drogą nie wiedziałem że mam tyle śmieci w kieszeniach drzwi). Z wody wystają tylko siedzenia i dźwignia do zmiany biegów. Wilk paląc sprzęgło wyciąga Uaza z wody.
Silnik zalany totalnie, nie możemy go uruchomić. Trzeba trochę osuszyć. Po odkręceniu filtra powietrza okazuje się, że jest tam pełno wody (niezły widok, brakuje tylko pływającej rybki), świece i aparat zapłonowy całkiem modre.
Po przeczyszczeniu nadal nic pozostaje tylko go rozciągnąć, może wtedy zapali. Sojer z Wilkiem wskakują do Muscela i zaczynają mnie ciągnąć. Z wydechu wyskakuje podobno dobre wiadro wody, zaczyna palić, trochę z bólem ale coś drgnęło, zapalił. OK. silnik dycha.
Gdzie jest mój UAZ???!!!

Sojer pojechał jeszcze na żwirownie, ja w bratem i jego żoną pojechaliśmy odwiesć Grześka i Monikę do domu w Supraślu. Silnik ledwo chodził, ciągle w aparacie zapłonowym była woda i nie tylko tam. Trzeba było trzymać go ciągle na wysokich obrotach, bo na niskich gasł i aby go odpalić trzeba było znowu czyścić świeczki i aparat. Dojechaliśmy jakoś do domu. wpadliśmy jeszcze do brata teściów na bardzo spóźniony obiat (godz. około 20.00) i po powrocie do domu usnąłem ja małe dziecko.

Na następny dzień (poniedziałek) z Pawłem wymieniliśmy olej, przeczyściliśmy gaźnik, filtr powietrza, zdjęliśmy misę olejową i wybraliśmy resztki białej emulsji. Wszędzie było pełno oleju z wodą. Ale po tej operacji silniczek dalej cyka jak poprzednio nadal ma tak samo mało mocy. Dobrze że mamy tak ładną pogodę, bo zdjąłem plandekę i samochodzik się szybciutko wysuszył.

Jaki z tego morał? Otóż taki: jak nie znasz podłoża to nie wjeżdżaj. I chociaż Paweł z Grześkiem sprawdzali to miejsce kilka dni temu to okazało się, że zaraz obok była dziura o głębokości 1.5 metra. Tak więc głupi ma szczęście.

Podstrona wyswietlana 147 razy.

Stefan Ostrowski - www.mojuaz.com
Wszystkie prawa zastrzeżone